dawno tu nie zaglądałem (tak, to oznacza również kryzys diety), ale wracam z pewnym banalnym przepisem. jest skrajnie nieoryginalny, ale skoro znajomi na efbe dopytują, to zamieszczam.
zupę z dyni robię tak, by uwypuklić smak dyni. więc zrobiłem tylko "masalę" (tj. podprażyłem na oleju) z następujacych przypraw: kolendry, madras curry, asafetydy i nieco mniej garam masali i mielonego jałowca - w gruncie rzeczy dość przypadkowo połączone korzenne aromaty, by stworzyć osnowę dla smaku bogini.
powiedzmy, że po około pół łyżeczki. poza tym circa dwa kilogramy dyni (przed obraniem), pokrojone w grubą kostkę i zalane wodą. ugotowałem do miękkości, zmiksowałem. część zrobiłem z bardzo ostrą papryką (jedna papryczka lekko podsmażona na oliwie) - konkret.
trochę pieprzu i oliwy i grzanki z chleba typu "sitek" (sprzedawany na wagę) usmażone z utłuczonym w moździerzu rozmarynem (nie za dużo - wziąłem kilkanaście igiełek na cztery duże kromki).
mój miły kolega podaje cytat z internetu: "surowy miąższ dyni jest raczej wodnisty i pozbawiony smaku. Dopiero po ugotowaniu lub upieczeniu, a także doprawieniu i wkomponowaniu w danie nabiera smaku i charakteru". pewnie "raczej jest", ale dotyczy to wielu warzyw. w każdym razie w moim przypadku chodzi o skupienie na smaku dyni, nie na innych smakach.
