Etykiety

poniedziałek, 10 maja 2010

wiosenny śniadanioobiad (= godz. 12:50)

 1. kasza gryczana. podprażam na oliwie, zalewam wrzątkiem, gotuję z liśćmi bobkowymi, liśćmi curry, czosnkiem, zielem angielskim, owocami jałowca, solą, kolorowym pieprzem.
2. posiekane liście szpinaku i szczawiu (ale tych drugich tylko trochę, bo będzie za kwaśne).
3. trochę twarogu, najlepiej od gospodyni ze wsi - w sklepach jest bardzo zły, trochę śmietany (też wiejskiej).
4. wymieszać (na zdjęciach: przed i po), posolić do smaku.
5. spożywając wznosić okrzyki zadowolenia.

soczewica

jak wiadomo, soczewica nie jest zła i skłania do śmiałych czynów.

torebkę zielonej soczewicy wrzuciłem (po wypłukaniu) do wody z dwoma listkami bobkowymi, listkiem curry, kilkoma ziarnami jałowca i ziela angielskiego, solą. dodałem maleńki słoiczek przecieru pomidorowego, dwie posiekane cebule, dwa ząbki czosnku, pokrojoną zieloną paprykę, dwie ostre papryczki (od ikony i michała :)) i - trochę później - pokrojonego bakłażana (bo się szybciej gotuje). gotować do miękkości soczewicy, dolewając wody wedle potrzeb.
seriozna pycha.

natomiast papryczki, same w sobie morderczo ostre, dały potrawie bardzo niewiele, pozostawiając ostrość (choć bardzo osłabioną) w sobie. trzeba było je posiekać, żeby było piccante.

kapusta pekińska

na oliwie (z wytłoczyn) podprażam trochę kolendry, pieprzu kolorowego i  kajeńskiego, suszonych owoców jałowca oraz kminu rzymskiego (akurat taki miałem). właściwie sporo. dolewam balsamico i starego, zoctowanego wina czerwonego, które przechowuję na takie okazje. następnie wrzucam poszatkowaną kapustę pekińską, dwa pokrojone pomidory bez skórki, sól. dusi się raczej krótko, nie więcej niż pół godziny. co do przypraw, trzeba dobrać proporcje - z pewnością można lepiej, niż ja to zrobiłem :)

byłem w niebie na obiedzie, jadłem tam jagły, matulu, jadłem tam jagły

kasza podprażona na oleju/oliwie i ugotowana z zielem angielskim i liśćmi bobkowymi (i pewnie liśćmi curry - nie pamiętam już). po ugotowaniu dodać obrane posiekane pomidory, drobno posiekane surowe pieczarki skropione wcześniej sosem sojowym, pietruszkę. najlepsze, w gruncie rzeczy, właśnie takie ciepło-zimne.

obiad

dwie kalarepy kroję na plasterki i duszę z cebulą, czosnkiem, solą, kapustą (resztka surówki od "turka"), asafetydą, kolendrą, pieprzem trójkolorowym i - odrobiną baraniny (też z kebaba). do tego pokrojone spaghetti, otręby, trochę oliwy.

sam na diecie

na ostatnio staram się jadać lekko, więc gotuję sobie sam, improwizując proste przepisy. będę je tutaj blogował, w szczególności wówczas, kiedy coś mi się uda. na początek trochę z ostatnich tygodni. howgh.